Konkursy

Konkurs – Tata Tadzika

poprzedni wpis
Konkurs - Nieśmiała
brak nowszych wpisów
komentarze (5)
  1. Marzena napisał(a):

    Jako Matka Polka, trzech córek (15 lat, 8 lat, 3 lata) która co rano może sobie śpiewać z Natalią Niemen „Jestem mamą to moja kariera”, opanowałam do perfekcji korzystanie z toalety z dzieckiem na kolanach i branie prysznica przez dwie minuty. Ograniczyłam zasoby kosmetyków do dezodorantu i szczoteczki do zębów, zapominając o kremach, balsamach i innych upiększaczach. Przez ostatnie trzy lata z jednakowym zainteresowanie oglądałam codziennie tę samą bajkę, czterdzieści razy zdejmowałam dziecko z wysokiej szafki, milion razy ubierałam kapcie, odganiałam od kosza na śmieci i tyle samo razy przebierałam dopiero co założoną pieluchę oraz świeże ubranie. Codziennie wieczorem kładąc się spać, a raczej tracąc przytomność rodzi się myśl UCIEKAJ !!!!! od kłótni, wyrywanych sobie zabawek, chorób i wizyt u lekarza, lekcji odrabianych na ostatnią chwilę i uwag w dzienniku. Kiedy jednak dłużej ich nie widzę i nikt przez dłuższy czas nie mówi do mnie MAMO uświadamiam sobie jaka jestem szczęśliwa, że mam te moje trzy panny

  2. Gosia napisał(a):

    Kiedy byłam dziewięciomiesięcznym dzieckiem ciągle miałam biegunki i wymiotowałam. Przeszłam szereg badań i po spędzeniu około trzech miesięcy w szpitalu zdiagnozowano u mnie celiakię. Teraz jest ona już dość popularna, a dieta bezglutenowa stała się wręcz modna, jednak wtedy mało kto wiedział o takiej chorobie, a produkty bezglutenowe były dostępne wyłącznie w sklepach ze zdrową żywnością i to w większych miastach.
    Kiedy mama przywiozła mnie ze szpitala tato specjalnie dla mnie dotował krupniczek na gołąbku. Zdrowy, lekki i co najważniejsze bezglutenowy. Były to początki mojej diety, więc dopiero się uczył i takie gotowanie wymagało nie małego wysiłku. Kiedy mama przywiozła mnie do domu, a tato chciał nakarmić krupniczkiem, od razu wyplułam go prosto na niego! A co najlepsze zjadłam zwyczajne, suche, gołe ziemniaki, które on sam miał na obiad! Od tej pory zawsze wypominał gotowany pół dnia kurpnik, który wyplułam dla uwielbianych przeze mnie po dziś dzień ziemniaków!

  3. Ela napisał(a):

    Mój 4-letni synek Staś uwielbia grać w piłkę nożną. W przedszkolu każde wyjście na podwórko jest okazją do zagrania meczu z kolegami. Postanowiłam więc zapisać go na zajęcia piłki nożnej dla przedszkolaków. Syn nie mógł się doczekać pierwszego treningu, cały czas o nim mówił i wszystkim się nim chwalił.
    Na pierwszym treningu był bardzo skupiony i błyskawicznie wykonywał polecenia trenera. Spośród dwunastki rówieśników był zdecydowanie najlepszy, o czym poinformował mnie trener. Pękałam z dumy i żałowałam, że nie było z nami mojego zapracowanego męża. Nie przypuszczałam, że trzeci trening będzie jego ostatnim… Zaczęło się jak zwykle – od rozgrzewki. Dzieci miały biegać na sygnał pojedynczego gwizdka i zatrzymać się po usłyszeniu podwójnego gwizdka. Trener sprawdzał, czy na pewno każdy stoi nieruchomo, niektórych chłopców starał się rozśmieszyć, innych podnosił, a także żartował i upominał, „żeby nawet nie oddychać”. Mój ambitny synek wykonał polecenie, a po chwili podszedł do trenera i z charakterystyczną „podkówką” na twarzy, wróżącą zbliżający się płacz, kręcąc nerwowo sznurkami od spodenek zaczął mu coś cichutko tłumaczyć. Byli za daleko, abym mogła usłyszeć co się stało. Trener kucnął przed synkiem i głaszcząc go po głowie starał się pocieszyć. Po chwili Staś otarł łzy i kontynuował trening. Ale nie był już taki podekscytowany i radosny jak dotychczas, wręcz przeciwnie – wyglądał na bardzo nieszczęśliwego. W przerwie treningu syn podbiegł do mnie i powiedział, że już nie chce tu być i żebyśmy pojechali do domu. Mocno zdziwiona zapytałam co takiego się stało i skąd u niego ten nagły smutek. Wówczas Staś rozpłakał się i powiedział, że trener kazał stać nieruchomo i nie oddychać, a on przecież nie potrafi „nie oddychać”…… Z ogromnym trudem powstrzymałam wybuch śmiechu i strasznie mi było żal patrzeć na smutek i łzy mojego dziecka. Nie pomagało tłumaczenie, że trener sobie po prostu tak zażartował. Staś nie dał się więcej namówić na trening….

  4. Ruda napisał(a):

    Niniejsza historia jest dość prosta, ale z perspektywy czasu urzeka i bawi mnie w niej fakt, iż już od najmłodszych lat dążyłam nieświadomie do tego, czym zajmuję się obecnie i co noszę teraz w sercu. Chcecie dowiedzieć się, w czym rzecz? Posłuchajcie zatem :). Rodzice nie są szczególnymi fanami Skaldów, lecz jako potomkini dwóch osób obeznanych z muzyką stykałam się w dzieciństwie z różnymi wykonawcami i gatunkami. W związku z powyższym piosenka „Z kopyta kulig rwie”, bohaterka zamieszczonego tu opowiadania, nie wydawała mi się obca. Pozornie. Pewnego bowiem dnia moje smarkate wydanie rozmawiało z mamą i wątek naszego dialogu zahaczył właśnie o ten utwór, a konkretnie o wers „hej, z wierzchu baranica, a pod spodem smoking”. Jakież było rozbawienie mojej rodzicielki, kiedy dowiedziała się, iż przez całe swoje krótkie ówcześnie egzystowanie zamiast właściwych słów słyszałam „(…) a pod spodem… smoki”. Kilkulatce wydawało się przecież logiczne to, że smoki ukryły się pod baranimi skórami, by móc – jak przystało na te bestie – podstępem podkraść się do ludzi i pożreć ich. Dziś jestem miłośniczką wszelkich niesamowitości, a pisanie i wymyślanie stało się moją pasją oraz sposobem na spędzanie większości wolnego i zawodowego czasu. Kto wie: może któregoś dnia stworzę coś… o smokach? 😉

  5. Kasia D. napisał(a):

    Cześć!
    Po czterech latach starań, razem z mężem spodziewamy się pierwszego, upragnionego Syna. Powoli zaczynaliśmy już wątpić w to, czy się uda. Biegaliśmy od lekarza do lekarza, by unormować moje hormonalne wahania i umożliwić nam spełnienie największego marzenia, jakim jest posiadanie dziecka. Mimo tego, że Antka nie ma jeszcze na świecie, czujemy się tak, jakbyśmy już sprawdzali się w trudnej roli, jaką jest bycie rodzicem. Mąż obchodzi się ze mną jak z jajkiem, każdego dnia głaszcze mój powiększający się powoli brzuszek i mówi do niego bardzo, bardzo dużo. Ja sama, kiedy niedawno poczułam jego pierwsze ruchy – byłam w wielkim szoku. Niesamowite uczucie. Codziennie staram się leżeć i czekać na moment, w którym Maleństwo zechce dać mi kilka kopniaków, bo to napawa mnie ogromną radością, nadzieją i wielką, wielką miłością. Zdaję sobie sprawę, że pełny trud wychowania jeszcze przed nami, że nie ma klasycznego schematu jak obchodzić się z dziećmi. Nie ma reguły, która ułatwiłaby rodzicowi bycie rodzicem. A szkoda, bo, mimo wielkich pragnień posiadania potomstwa, mimo tego, że tak bardzo, bardzo nie mogę się doczekać, kiedy ujrzę swojego syna, jestem bardzo przerażona. Pozostaje mi wierzyć, że w swoim temperamencie pozostanie jednak wierny Ojcu, ja bowiem do grzecznych i słodkich dzieciaków nie należałam. Byłam raczej energicznym, wybuchowym i upartym charakterkiem. Rodzice mieli ze mną nie lada wyzwanie, ale śmiem twierdzić, że podołali. Wychowali mnie na dobrą, wciąż upartą i energiczną, ale jednak poukładaną osobę. Prowadzę dom, pracuję z ludźmi, którzy mnie potrzebują i wiem, że to wszystko zawdzięczam właśnie im – Mamie i Tacie. Takim rodzicem pragnę być.
    Z pozdrowieniami, Kaśka 🙂

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie będzie widoczny. Wymagane pole oznaczone są *

dodaj zdjęcie